WILKI! WILKI!

Władzia zaczyna się denerwować i coraz intensywniej szuka kozłów ofiarnych z powodu rozszerzającej się plandemii. Sasin skierował swój reflektor na lekarzy, moim zdaniem słusznie, tyle że absolutnie nie z tego powodu jaki wymyślił. Uważam, że lekarze w znacznej mierze ponoszą odpowiedzialność jednak, bo nie protestowali, gdy Władzia wydawała absurdalne zarządzenia plandemiczne: zamykała lasy, cmentarze i ograniczała liczbę żałobników na pogrzebach do 5 osób, na przykład. Nonsensowny stosunek do maseczek też ich nie denerwował ani zmówienia gównianych testów, ani tworzenie szpitali jednoimiennych.

A Polacy nie są aż tacy głupi na jakich wyglądają i może niezbyt szybko, ale jednak zorientowali się, że to jakaś ściema, która brzydko pachnie. I zdroworozsądkowo zaczęli się dystansować od głupich zarządzeń i to im pozostało, gdy wprowadza się zarządzenia mądrzejsze. Sytuacja przypomina mi opowieść sprzed pół wieku o wilkach, która opowiadała mi babcia. Wtedy opowiastka była szeroko znana, ale pewnie została zapomniana więc przypomnę.

Jaś mieszkał z rodzicami i rodzeństwem w gospodarstwie na skraju lasu, w którym były wilki. Gdy pasał owieczki i kózki musiał uważać, czy wilki nie zbliżają się, żeby porwać jakąś owieczkę. Musiał wtedy głośno krzyczeć a cała rodzina przybiegała z widłami, cepami, siekierami i co tam kto miał pod ręką a wilki uciekały do lasu z niczym. Jaś pasał swoje owieczki i kózki sumienie, ale gdy to trwało zbyt długo nudził się (i-fonów jeszcze wtedy nie było) i z nudów czasami krzyczał: Wilki! Wilki! Gdy przybiegali zdyszani domownicy śmiał się radośnie i uroczo wyjaśniał: żartowałem! Za pierwszym razem może to i było śmiesznie, ale gdy Jaś powtórzył ten żart kilka razy domownicy przestali reagować.

Pewnego razu Jaś zobaczył, że z lasu naprawdę wychodzi wataha wilków i zbliża się do jego stadka więc przerażony zaczął krzyczeć: Wilki! Wilki! Domownicy słyszeli go doskonale, ale uśmiechnęli się tylko i pomyśleli, że już nie dadzą się nabrać na jego głupie żarciki. I wilki miały wtedy niezłą ucztę, bo zjadły nie tylko owieczki i kózki, ale również Jasia.

Przepraszam za tę przerażającą i okrutną pointę, ale w tamtych czasach nie zawracano uwagi na odczucia małego dziecka a mnie obraz pożeranego przez wilki Jasia śnił się w koszmarach nocnych przez wiele lat. Ale morał z tej opowieści zapamiętałem na całe życie! A Władzia, jak widać z jej nerwowych poczynań w sprawie plandemii – nie! Czy nie uważacie, że teraz na próżno krzyczy Wilki,  Wilki?!