DR. WOJCIECH GRODZKI

Wszyscy, którzy znali Wojtka Grodzkiego pewnie potwierdzą, że był wspaniałym lekarzem, empatycznym, skromnym, zawsze do dyspozycji pacjentów.

Umiera coraz więcej moich krewnych, znajomych i przyjaciół. No cóż, jesteśmy już na krzywej półce, a ta półka coraz bardziej się przechyla. Nie robię wielkiego hallo z tych śmierci, traktuję je jako coś absolutnie naturalnego i jak już niejednokrotnie pisałem, sam jestem na nią gotowy. To nie znaczy, że pragnę umrzeć! Absolutnie! Nie ma tylko we mnie oporu wobec śmierci. Nie zawsze jednak. Gdy śmierć dotyka kogoś dużo młodszego, pełnego życia, planów, dążeń – moje serce zaczyna się buntować.

Tak jest i teraz w obliczu śmierci mojego najlepszego przyjaciela Wojtka Grodzkiego. Wszyscy, którzy go znali pewnie to potwierdzą – to był wspaniały lekarz, empatyczny, skromny, zawsze do dyspozycji pacjentów. Chociaż był z wykształcenia kardiologiem pacjentów traktował holistycznie i nie wahał się proponować homeopatii, czy masażu mauri, jeśli uznał, że to najlepszy sposób leczenia dla pacjenta. Nic dziwnego, że Izba Lekarska wzywała go co jakiś czas na omłot, ale w tych czasach to raczej powód do szacunku. Ale to nie dlatego pacjenci przyjeżdżali do niego z całej Polski i z wielu innych, czasami odległych krajów.    

Prowadził swoją małą przychodnię przy Karwińskiej w Warszawie i tam się poznaliśmy. Bardzo dawno temu trafiłem do niego z moim biednym kręgosłupem. Pomógł, rzecz jasna (był także doskonałym masażystą i chiropraktykiem), a że obaj jesteśmy gadułami, polubiliśmy się i zawlókł mnie, razem z moją małążonką na warsztaty Huny. Zauważcie, jaką musiał mieć siłę przekonywania, że poszedłem z nim gdzieś, gdzie mówiono o duszy, duchu, podświadomości! A przecież byłem wtedy ortodoksyjnym materialistą i gdy ktoś wspomniał przy mnie o duszy, otwierały mi się hemoroidy! Warsztaty trwały długo, mieliśmy okazję poznać się, zaprzyjaźnić i pokochać. Wojtka nie dało się nie pokochać, gdy już znało się jego wrażliwość, delikatność i ofiarność.

To Wojtek był duchowym ojcem mojego zainteresowania medycyną niekonwencjonalną, z tym że mnie pociągnęła hipnoterapia. Doceniał to co robię i dlatego zaprosił mnie, abym swoje sesje prowadził w jego małej przechodni. Stworzył mi idealne warunki, patientów mogłem przyjmować w absolutnej ciszy i spokoju. I tak się wspieraliśmy nawzajem, często pomagając tym samym pacjentom. Tyle że ja nie byłem aż tak oddany i pracowałem niewiele, zaledwie kilka sesji w tygodniu. Może dlatego, że mój pesel nie pozwala na taką eksploatację, jaką On sobie zafundował.

A Wojtek pracował codziennie od dziewiątej do późna w noc. Eksploatował się w sposób nikczemny, posiłki zjadał na jednej nodze pomiędzy jednym a drugim pacjentem. – Opamiętaj się – mówiłem nie raz, ale on zawsze odpowiadał pogodnie – Mam ich odesłać do domu? I tak się skończyło jak w przysłowiu „szewc bez butów chodzi”.  Tak się musiało skończyć! W końcu stracił przytomność i pogotowie zabrało go do szpitala, a tam natychmiast podłączano go do respiratora. A chyba już dobrze wiecie, co robi respirator, prawda?

Śmierć Wojtka dała mi dużo do myślenia i dlatego odwołuję wszystkie moje sesje hipnoterapii. Przepraszam wszystkich zapisanych na liście oczekujących, ale potrzeba mi sporo czasu, żeby jakoś ogarnąć rzeczywistość bez Wojtka, człowieka o wielkiej wiedzy, wielkim doświadczeniu i wielkim sercu.

 3,384 – ilość odwiedzin