TERAPIA NA PLAŻY (dla zdrowotności)

Pobyt nad morzem jest relaksujący i prozdrowotny, ale może być niezwykle uzdrawiający, jeśli wejdziemy w uzdrawiającą medytację.

I któż nie lubi przebywać latem nad morzem? Najczęściej leżymy jak foki, trochę poskaczemy na falach, trochę popływamy jeśli potrafimy… Pewnie, to jest relaksujące i prozdrowotne, ale może być niezwykle uzdrawiające, jeśli pobyt na plaży potraktujemy terapeutycznie. Zapomnijcie o skakaniu na główkę, piłce plażowej i chłodzącym się w wodzie piwku! Chociaż… jeśli Was to jeszcze bawi, czemu nie? Zapomniał wół jak cielęciem buł? Cóż… wiek cielęcy jest dla cieląt, młodzież może sobie pozwolić na szaleństwa, wszak przed nimi całe, przeraźliwie długie życie, które dla nas jest już przeraźliwie krótkie. Oni jeszcze będą mieli czas na terapeutyczne przebywanie nad wodą, my już nie.

Nie zapominajmy, że życzliwość i współczucie wpływają na mniejsze tempo starzenia, ale co ma do tego plaża? Chociażby to, że w takich pięknych okolicznościach przyrody łatwiej wydziela się oksytocyna. Wszyscy słyszeli o serotoninie, dopaminie czy endorfinach. To hormony szczęścia, do których zalicza się również oksytocynę, nazywaną także „hormonem miłości”. Naukowcy odkryli jej gwałtowne wydzielanie, badając pary w pierwszym etapie zakochiwania. A więc o to chodzi? Że nad morzem łatwiej o nową wakacyjną miłość? Owszem to fantastyczny sposób na podniesienie poziomu oksytocyny, ale dość trudny, a nawet piekielnie trudny dla tych poza wiekiem cielęcym. Skoro już nie wartościuje naszego życia ilość i intensywność orgazmów czy przytulanie malucha do swojej piersi (to wszystko także jest czynnikiem wydzielania oksytocyny) co nam pozostaje?    

Zanim odpowiem, chciałbym przypomnieć, że oksytocyna również silnie wpływa na nasze relacje społeczne i ma właściwości antydepresyjne. Wydziela się w środowisku miłości, wdzięczności, szczęścia i jest nieodzowna podczas dochodzenia do zdrowia. Coraz częściej lekarze ulegają molestowaniu pacjentów i ordynują iniekcję dożylną lub domięśniową, ale my przecież potrafimy spowodować wydzielanie tego hormonu w sposób naturalny! Wystarczy mieć kochającą rodzinę, przyjaciół, psa lub kota i po kłopocie, prawda? A co pozostaje gdy się tego wszystkiego nie ma? Wizualizacja!

Wizualizacja ma ogromną siłę, udowodnił to nie tylko Dispenza, a w zasadzie jego słynny połamany kręgosłup. Każdy może sobie udowodnić jeśli tylko zechce trochę popracować, używając tego narzędzia. Załóżmy, że boli kolano. Dobrze byłoby nauczyć się, jak wygląda kolano „od środka”. Teraz to żadna trudność, bo darmowe atlasy anatomiczne są w Internecie ogólnie dostępne. Wizualizujemy swoje kolano jako całkowicie zdrowe, widzimy w wyobraźni, jak zgina się bez bólu, oglądamy siebie gdy biegamy, skaczemy, wędrujemy po plaży bez najmniejszych trudności. Nie ma granic pozytywnej wizualizacji, więc nie ograniczajmy się w żaden sposób.  

A teraz coś dla zaawansowanych. Gdy szum morskich fal dociera do naszych uszu, wejdźmy jeszcze głębiej w nasze kolano, zwizualizujmy poszczególne komórki, DNA, wejdźmy aż do atomów, protonów, neutronów. Zwizualizujmy fale energii, które je obmywają.  Zwizualizujmy także dysfunkcję lub chorobę, która odpływa wraz z ustępującą falą. W ten sposób nad morzem wizualizuje się cudownie, chyba że ktoś nie potrafi niczego zwizualizować. No cóż, odsyłam wtedy taką czy takiego kogoś do mojej żółtej książki, do ćwiczenia ze świecą na 239 stronie.

Terapię na plaży robię bardzo często i wiem, że działa, z tym że wcale nie muszę po to jechać nad morze. Potrafię przecież zwizualizować morze w moim ogródeczku, czego i Państwu serdecznie życzę w ten pierwszy lipcowy weekend. Do poniedziałku zatem.