BYĆ SOBĄ

Nawiedzeni guru nie wiedzą co to znaczy być sobą. Chodzą nabzdyczeni od rana do wieczora i dbają o swoją i wyjątkowość, tyle tylko, że jest powierzchowna.

Dla wielu ludzi to niezwykle trudne wręcz niemożliwe, a dla mnie być sobą to jedyna opcja. Od czasu do czasu ktoś pisze do mnie, że jest mną głęboko rozczarowany. Jakiś mój tekst, czy książka spodobała mu się, więc zaczął mnie obserwować i nagle… totalne rozczarowanie. Spodziewał się jakiegoś rodzaju świętego, guru z głową w chmurach rozmyślającego o Absolucie a tu Staś pisze o zwykłych naszych dziennych sprawach nie omieszkując publicznie przyznawać się do czegoś tak trywialnego jak popijanie whisky. A gdzie bezpośrednie połączenie z Bogiem? Gdzie nadprzyrodzone zdolności uzdrowiciela? Nie ma, nie ma, nie ma, nie ma, nie ma – jakby zaśpiewała Danka Rinn, gdyby jeszcze żyła i znów zaprosiła mnie na jajecznicę z dwudziestu czterech jaj (na dwie osoby). A tak właśnie było dawno, dawno temu za górami, za lasami, w Kanadzie pachnącej żywicą. Czesio Majewski może zaświadczyć. 

Dopóki dostaję maile tego typu, jestem naprawdę szczęśliwy, bo to rodzaj testu na to, że jeszcze mi nie odbiło, z wodą sodową w porządku i nie wali w dekiel! Poznałem kilku takich nawiedzonych ludzi, do jakich niektórzy tęsknią, którzy być sobą nie potrafią. Chodzą nabzdyczeni od rana do wieczora, dbając o swoją indywidualność i wyjątkowość. Tyle tylko, że ta wyjątkowość jest powierzchowna i dotyczy dziwacznych strojów i alegorycznego wyrażania się naśladując Jezusa! Szlafrok w księżyce, spiczasta czapka, oczy w słup i jakieś zdania ni w pięć, ni w dziewięć, do których można wszystko dopasować. Omijam takich szerokim łukiem.    

Doceniam ich aktorską grę, a nawet spory zasób cytatów i błyskotliwą inteligencję, aby zrobić wrażenie na kliencie. Tyle że to inteligencja płaska, żeby nie powiedzieć plastikowa a jej źródło bije w świadomości umysłowej, a nie w tej czystej prosto z pola serca. Ja z każdym patientem jestem na ty, bez względu na pesel i żaden z nich nie jest dla mnie klientem. Tak samo zresztą robią to tacy wspaniali ludzie jak R. Nacht, czy R. Kosznik chociażby, który potrafią być sobą jak mało kto. Podczas rozmowy z nimi natychmiast znikają wszelkie bariery. Oni nie muszą niczego udawać, stroić się w nieswoje piórka i uważać, żeby nie powiedzieć niczego, czego powiedzieć „nie wypada”.

Moi patientci często pytają mnie skąd we mnie tyle radości życia. Ano stąd, że niczego nie udaję i nie jestem w konflikcie z samym sobą. Dlatego jestem odprężony, bo nie muszę na nic uważać i niczego tłumić w sobie, a to jednych do mnie zbliża, innych zaś rozczarowuje. Jednak polecam gorąco ten sposób bycia! Ja już się sporo naudawałem w poprzednim życiu (jako aktor), a gdy coś udajemy (nawet w filmie), musimy być zawsze konsekwentni i uważać w każdej minucie i sekundzie, żeby prawda nie wyszła na jaw. To jest cholernie trudne i wyczerpujące, traci się energię na bezdurno, a czarne woreczki w naszej duszy mnożą się jak króliki. Naprawdę warto być sobą.

Przy okazji wysławiam pod niebiosa życie bez gotowych, precyzyjnych planów. Życie z chwili na chwilę jest takie cudowne! Ja nie mam problemów ze spotykaniem się z ludźmi a na swoich wieczorach autorskich, gdy się jeszcze odbywały, nigdy nie wygłaszałem wykładów. Zawsze mówiłem prosto z serca i bardzo często te odpowiedzi zmieniały się wraz ze zmieniającym się życiem. Bo życie zmienia się nieustanie i ja też jestem zmienny w swojej niezmienności. Właśnie dlatego zabieram się do pisania aneksu do najlepiej sprzedającej się z moich książek, czyli „Opamiętania”. Upłynęło już pięć lat od pierwszego wydania, wiem teraz dużo więcej o nowotworach, więc uważam za swój obowiązek podzielić się tą wiedzą z moimi czytelnikami. Miłego weekendu życzę! 

guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments