WSZYSCY JESTEŚMY HIPOKRYTAMI (c.d.)

O uczciwości i hipokryzji wobec siebie. O losie zwierząt hodowlanych. O krowach, które nigdy nie zobaczą łąki i słońca.

Poniedziałkowy post nie był lekki, łatwy i przyjemny. Zdawałem sobie sprawę, że może podzielić czytelników tej strony, nawet tych duchowo rozwiniętych. Nie zdziwiła mnie gorąca dyskusja ani skrajne postawy wobec hipokryzji „białych fartuchów”. Cieszę się jednak, że znaleźli się tacy, którzy nie chcą uogólniać i dostrzegają tak jak ja zresztą, również tych pracujących ofiarnie w służbie zdrowia, zahukanych przez nieludzki system opieki medycznej. Rozumiem także komentatorów, którzy określają taką postawę jako bydlęctwo w białym fartuchu. Teraz coś à propos bydlęctwa…

Dość ławo wywołać gwałtowne współczucie lub takie samo oburzenie przedstawiając przypadki okrucieństwa, wciąż niestety dość częste, wobec naszych pupili domowych, kotów i psów. Szczególnie psy uwiązane na krótkim łańcuchu, pozbawione dostępu do wody, tkwiące w upale lub marznące na mrozie wzbudzają litość i współczucie. Aktywiści różnych organizacji broniących praw zwierząt potrafią zamykać się w klatkach z łańcuchami na szyi, aby unaocznić podły los psów. A czy widzieliście może kogoś, kto zamknął się w klatce z łańcuchem na szyi, aby protestować przed losem zwykłych krów? Tych łagodnych, spokojnych zwierząt o pogodnych oczach?     

We wszystkich reklamach telewizyjnych pokazują nam szczęśliwe, wręcz uśmiechnięte krowy, które pasą się w słoneczku na zielonych łąkach pełnych smakowitych ziół. Prawda jest zupełnie inna, straszna i ponura. Odszedł na zawsze czas krowy żywicielki szanowanej i otoczonej troskliwą opieką w gospodarstwie chłopskim. Zostały fabryki produkujące mleko, w których krowy traktowane są jak bezduszne maszyny, do których z jednej strony wrzuca się pokarm, raczej podły, a z drugiej odbiera mleko. Stoją najczęściej w metalowych boksach, uwiązane na krótkim łańcuchu, bez najmniejszej możliwości odwrócenia się, chociażby. Co najwyżej mogą się położyć, przeważnie we własnych odchodach na mokrej, betonowej podłodze.

Domyślacie się zapewne, jak są zapładniane i jak rodzą swoje dzieci, które są im natychmiast odbierane. I tak upływa im krowie życie, bez widoku słońca i łąki, aż do czasu gdy zostają uznane za niewydajne i pójdą pod nóż. Podobno polskie prawo zabrania zadawania zwierzętom bólu, cierpienia i powodowania nieuzasadnionego stresu, ale czy to aby nie hipokryzja? A może myślicie, że świnie mają teraz lepiej, albo kury? Albo zwierzęta futerkowe? Co czujecie zatem, słysząc: pij mleko, będziesz wielki? Lub widząc Magdę Gessler zachwycającą się smakiem cielęcinki?

Piszę dzisiejszy post, aby usprawiedliwić tytuł. Tak, jestem hipokrytą i chociaż staram się jak mogę, nie udaje mi się nim nie być. Chociażby dlatego, że zabijam zwierzęta w swoim ogródeczku. Czy ma być usprawiedliwieniem, że jeża, sarenki czy łasiczki bym nie zabił, ale mszyce, myszy czy ślimaki i owszem? Czy to nie są nasi bracia mniejsi? Nie chciałbym dzisiejszym wpisem odbierać pewności tym, którzy twierdzą, że hipokrytami nie są. Ja im tej pewności zazdroszczę, bo co do siebie nie mam złudzeń, żyłem i umrę hipokrytą. Los zwierząt to jedynie część życia, ale łatwo stwierdzić to samo, analizując swoją postawę wobec wojny na Ukrainie, umierających z głodu dzieci w Afryce, zatrucia Odry, wielkości wojska polskiego czy pięciu milionów pielgrzymów na Jasnej Górze. Spróbujcie to wszystko rozkminić na spokojnie, naprawdę warto.

Subscribe
Powiadom o
guest

7 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments