JEST JAK JEST

Z zasady staram się unikać traktowania de facto zjawisk religijnych i ezoterycznych, ale jest jak jest. Fizyka kwantowa sporo namieszała w tym zakresie.

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze na temat zerwanego połączenia z duszą. Okazuje się, że nie tylko ja obserwuję takie zjawisko. Teresa Maria twierdzi, że jest jak jest. Osoba zastonkowana na tle białej ściany ma czarną aurę, bo światło duszy zostaje odcięte. Marysia uważa, że pierwsze uderzenie stonki jest mocne i destrukcyjne, ale jego siła zależy od stanu psychofizycznego zastonkowanego. Najbardziej zawibrował w moim sercu komentarz Margaret: Stonka obniża wibracje podobnie jak alkohol czy tv. Jeśli ktoś jest ciągle pijany, też nie ma połączenia z duszą, ale jeśli zrobi detox, zacznie się zdrowo odżywiać i medytować jest w stanie wszystko odwrócić. Potrzeba na to tylko chęci i czasu a stonki są z nami dopiero niecały rok…

Też tak uważam, bo według mnie nie ma stanów nieodwracalnych. Nie łapcie mnie za słowo, bo nie myślę tu o odrastaniu amputowanej nogi czy zmartwychwstaniu. Chociaż spotkałem się z opisanym przypadkiem uzdrawiania na Filipinach, kiedy to ponoć komuś noga odrosła. O zmartwychwstaniu wiemy wszyscy, chociaż niekoniecznie możemy je zakwalifikować jako terapię. Z zasady staram się unikać traktowania de facto zjawisk religijnych i ezoterycznych, ale jest jak jest. Fizyka kwantowa sporo namieszała w mojej głowie w tym zakresie.

Moja podświadomość, dawno uwolniona od strachu, podpowiada mi, że człowiek jest w stanie podnieść się z najgorszego położenia jeśli tylko tego chce. Patientci wychodzą ze śmiertelnych chorób w krytycznych stadiach (nie wszyscy, rzecz jasna) jeśli obudzą w sobie chęć zmian, czasami bardzo głębokich. Jestem więc prawie pewien, że od szkód, jakie wprowadza stonka do naszego ciała i duszy, też można się uwolnić. Podobno już są sposoby, aby usunąć ten cudowny i obrzydliwy zarazem grafen, więc du.a w której tkwią zastonkowani nie jest aż tak czarna jak myśleliśmy.

Coraz bardziej doceniam spokój i już mnie aż tak nie podniecają złe i dobre newsy, jakie atakują nas permanentnie. Do niedawna moje życie polegało na rzucaniu się na wszystko, co pomagałoby zmienić coś, poprawić, udoskonalić aż doszło do mnie, że niby po co? Owszem, nie zgadzam się ze wciskanym tu i ówdzie przekonaniem, że wszystko jest idealnie tak jak jest! Nie jest idealnie, ale to nie znaczy, że z tego powodu mam sobie rozwalić starą siwą głowę o mur. Po prostu nauczyłem się, że najważniejsza jest akceptacja: jest jak jest!

W tym wszystkim niewątpliwie szalenie ważne jest połączenie z własną „duszą” (cudzysłów uzasadniony). Bez tego doświadczamy życia pełnego stresów, walki i cierpienia. Dusza pozwala nam dotrzeć do ducha, albo jaźni, czy uważnej świadomości – jak zwał tak zwał, wiadomo, o co chodzi. Tam istniejemy zawsze jako wieczna, nieporuszona świadomość wypełniona miłością i spokojem. Dotarcie do tej świadomości jest remedium na każdy stres, kłopot czy problem, ale jak tam dotrzeć gdy mamy stępione lub wręcz zerwane połączenie z duszą?