KOMU JEST POTRZEBNY ZDROWY CZŁOWIEK?

Cudowne medykamenty przeciwko wirusom wciąż będą się pojawiać, a ja do znudzenia trąbię o ćwiczeniach, o świeżym powietrzu, o odporności.

Czasami zastanawiam się co do intencji mojej pisaniny, zarówno na tej stronie jak i działalności wydawniczej. Jestem już za stary, aby wierzyć w to, że mogę w ten sposób komuś pomóc. Mam zbyt silne przekonanie, że każdy człowiek może sobie wyłącznie pomóc sam.  Czasami ktoś wykorzysta moje teksty według swoich potrzeb i to jest w porządku. Mam także nadzieję, że moje przemyślenia nikomu nie zaszkodzą. Wróć! To nie jest nadzieja, to jest pewność, bo jeśli komuś zaszkodziły, to źródło porażki jest w nim. Być może głęboko zakopane w podświadomości, a może jeszcze głębiej.   

To samo zresztą dotyczy moich patientów, którzy sukces zawdzięczają swojej pracy z ciałem i  podświadomością. Ja tylko przez krótki moment jestem ich trenerem, nic więcej. Sami sobie pomagają i to jest ta NAJSKUTECZNIEJSZA pomoc. Najczęściej jednak ludzie szukają pomocy na zewnątrz, zamiast wewnątrz. Stąd paniczny pościg za kimś, kto zdejmie z nich odpowiedzialność za zdrowie. Lekarz jest najlepszym adresatem, bo niczego od pacjenta nie wymaga oprócz połykania piguł. Żadnego „powinnaś, czy powinieneś zmienić swoje nawyki i przekonania jeśli chcesz wyzdrowieć” – jak to najczęściej słyszą ode mnie.

Jeszcze nie mamy przejmującego zimna, pluchy i jesiennej szarugi kiedy to wirusy zaczną swoje coroczne żniwo, a już zaczyna się panika podsycana umiejętnie przez media. Liczba (wątpliwa) zainfekowanych rośnie, liczba (jeszcze bardziej wątpliwa) zmarłych rośnie razem ze strachem.  Czy zamiast się bać, przygotowała(e)ś się do sezonu grypowego? Czy codziennie, bez względu na pogodę, wychodzisz na godzinny spacer? Czy każdego dnia ćwiczysz, rozciągając swoje ciało? Czy zbadała(e)ś stan witaminy D3 i uzupełniasz jej poziom? Czy metodycznie suplementujesz się witaminą C?  Mogę się założyć, że nie, chociaż to wszystko znasz, bo piszę o tym od dawna.

I tak to jest z moją pisaniną, nie ma w niej niczego nowego. A czytelnicy spragnieni są nowości, wierząc, że uratuje ich kwercetyna na przykład, albo jakiś inny molnupiravir. Cudowne środki wciąż będą się pojawiać, a ja do znudzenia trąbię o ćwiczeniach, o świeżym powietrzu, o odporności. W większości postów powtarzam się, bo swoje doświadczenia już wcześniej „wypisałem” w swoich książkach. Sądząc po zmniejszających się zasięgach moich postów, to „wołanie na puszczy” dlatego dojrzewam do pomysłu, aby powoli, stopniowo pisać coraz rzadziej, na przykład trzy razy w tygodniu. Prawdopodobnie od Nowego Roku okiełznam swój nawyk codziennego pisania równie powoli i stopniowo przechodząc na emeryturę. 

Nie obawiam się, że moje książki staną się przestarzałe. Gdy niedawno czytałem tę pierwszą „Opamiętanie”, dopisałem suplement do wydania drugiego tylko dlatego, żeby jakoś usystematyzować moją wiedzę na temat nowotworów. Wszystkie książki z serii „Nie daj się umrzeć” prowadzą do zdrowia, a zdrowy człowiek nie jest efektywny dla kraju. Nie kupuje leków, nie chodzi do lekarza, nie pije byle czego, nie pali niczego, nie kupuje w supermarketach tylko na bazarku! To dzięki niemu PKB spada! Czy zatem można promować taką wywrotową działalność? Miłego weekendu życzę!

 1,489 – ilość odwiedzin